Bloger Rybitzky w swojej notce przestrzega, że „rosyjskie trolle są wśród nas”. Pełna zgoda. Pisałem o tym już dawno. Gdzie jak gdzie, ale na blogu FYM jest ich bez liku. Mnożą się w nieskończoność - jak gdyby przez pączkowanie. Ale dojrzeć trzeba i rzecz inną. Obecność w polskiej przestrzeni internetowej trolli zadaniowanych (i opłacanych) przez naszych „władców”. Bo to że są to widać gołym okiem.

Jak może być inaczej w kraju rządzonym tak naprawdę pod dyktando macherów od PR? Gdy dba się przede wszystkim o sprawy wizerunkowe, a nie o realizację jakiegoś planu polityczno-gospodarczego? Trolli więc u nas dostatek....

Szczególnie wyraźnie ich obecność zaznacza się w dyskusji na temat katastrofy smoleńskiej (choc oczywiście nie tylko tutaj). O ile rosyjscy trolle zmierzają do zaciemnienia przyczyn katastrofy poprzez wysuwanie coraz bardziej fantastycznych i nieprawdopodobnych hipotez jej zaistnienia – to ci rodzimego chowu trzymają się od początku jednej wersji – „tragedia spowodowana została nieodpowiedzialnym zachowaniem pilotów, którzy mimo tragicznych warunków atmosferycznych, pod presją okoliczności i „milczącego” nacisku ze strony Prezydenta, usiłowali wylądować. Czyli wersji rozpowszechnianej przez panującą nam miłościwie PO już 15 minut po katastrofie. I nic się nie przejmują tym, że brak jakichkolwiek dowodów na poparcie tej tezy. A brak, gdyż poza sfałszowanymi kopiami (4 razy pobieranymi, gołym okiem widać, że każdorazowo dawano nam inną wersję) zapisów „czarnej skrzynki” nic nie dostaliśmy. No chyba, że za dowody weźmiemy „protokoły sekcji zwłok” - wiadomo jakie – albo „zeznania świadków”. Jak trzeba, to odwoływane.

I jak w takiej sytuacji przeciętny obywatel, sprawami katastrofy smoleńskiej interesujący się okazjonalnie, ma się w tym wszystkim rozeznać?