Ponieważ nie mamy armat” – odpowiedział mer jednego z miasteczek Napoleonowi Bonaparte w czasie jego słynnych „100dni”, gdy ten zapytał, dlaczego nie strzelają na wiwat na jego cześć. Napoleonowi to wystarczyło. Ale „śledczym” roztrząsającym przeróżne aspekty katastrofy smoleńskiej zapewne nie. Już dawno dowiedziono, że dane na temat katastrofy jakie otrzymaliśmy od Rosjan są sfałszowane. Przede wszystkim zapisy „czarnej skrzynki”, protokoły sekcji zwłok. Innych ważnych danych nam nie przekazano. A nie wiadomo czemu każe się nam wikłać w „badanie” jakichś „trajektorii”, „wykresów”, „modeli statycznych” a może „dynamicznych” czy czort wie czego. W imię czego pytam? By dawać grunt pod nogami rosyjskiej agenturze? Która to wykorzystując niejednoznaczność tych wszystkich „dowodów”, ich wzajemną sprzeczność - w nieskończoność może zaciemniać okoliczności tragedii smoleńskiej? Przemycając podstępnie swój przekaz? Wszak winni byli piloci i ich nieuctwo/dyletanctwo. Do tego się wszystko obecnie sprowadza. W momencie, gdy obalona została „prawda wg MAK”, że to pijany generał wywierając naciski na pilotów, by za wszelką cenę lądowali we mgle – stoi za „katastrofą” – nie mamy ani obowiązku ani potrzeby tymi fałszywkami się zajmować. Najwyższy czas to zrozumieć.

 

Kilka godzin temu obejrzałem prezentację przedstawioną przez Zespół pod kierownictwem Antoniego Macierewicza. Myślę, że przekaz z niej płynący + suma dotychczas znanych, obiektywnych faktów w sprawie katastrofy smoleńskiej upoważnia do jednego: wysunięcia tezy, że na pokładzie Tupolewa miał miejsce wybuch. Dlaczego tak sądzę:

1.   Wylatując do Smoleńska Prezydent Kaczyński, generalicja – zdawali sobie sprawę, że może tam na nich czekać zastawiona pułapka. Pozostawili nam wskazówkę na wypadek, gdyby im się coś przytrafiło – przekazali wcześniej mediom informację o meldunku wywiadowczym, który miał wskazywać na niebezpieczeństwo dla lotu. Całą sprawę opisałem szczegółowo  tutaj Tak więc, gdy katastrofa rzeczywiście się wydarzyła, od razu powinniśmy wiedzieć -  stał za tym zamach!

2.   Pośrednim dowodem, że coś nie tak jest z forsowaną przez Rosjan wersją przyczyn „katastrofy” jest to, że mataczą na każdym kroku. Vide – zapisy „czarnej skrzynki” , protokoły sekcji zwłok, przetrzymywanie wszystkich ważnych dowodów, nie dopuszczenie do wspólnego śledztwa.

3.   Brak leja w miejscu pierwszego kontaktu Tupolewa z ziemią.

4.   Nienaturalne, niewytłumaczalne w wypadku zwykłej katastrofy lotniczej, rozczłonkowanie samolotu. Po upadku z niewielkiej wysokości, w takich jak sugerowano okolicznościach – rozpadł by się on na kilka co najwyżej dużych fragmentów.

5.   Wreszcie dowód ostatni, dostrzeżony przeze mnie w przywoływanej prezentacji – centropłat samolotu, jego najbardziej wytrzymały segment,  został rozerwany od wewnątrz nieznaną siłą.  Wiele wskazuje na to, że siła ta (fala uderzeniowa?) swój początek miała w luku bagażowym. Świadczą o tym zaprezentowane zdjęcia tego fragmentu samolotu, wskazano również na fakt, że po katastrofie Rosjanie dokonali pocięcia tych elementów na części. Jak gdyby coś chciano zamaskować. I nie ma co tutaj udawać, że chodziło o cos innego – np. przygotowywanie części wraku do transportu. Bowiem Rosjanie nie poinformowali o niszczeniu elementów wraku strony polskiej. Nasza prokuratura wszczęła nawet w tej sprawie śledztwo.

Reasumując – jedna cienka nitka poszlak może nie była by wystarczająca. Ale spleciona z nich „lina” jest dostatecznie mocna, by zawiesić na niej tezę, że za katastrofą Tupolewa stoi, póki co nieznanych powodów – wybuch. Wybuch, który  najprawdopodobniej miał miejsce w luku bagażowym samolotu.

Przyjęcie takiej tezy stwarza tyle możliwości interpretacyjnych, tyle możliwych scenariuszy zdarzeń – że bez jakichś dodatkowych dowodów nie można przesądzać zarówno o charakterze wybuchu jak również jego ewentualnego sprawstwa. Bo pierwsza z brzegu możliwa interpretacja: to eksplozja ładunku wybuchowego zainstalowanego w Polsce była przyczyną tragicznych zdarzeń. (czyli zamachu dokonał ktoś od nas).  Słabą stroną tej wersji jest to, że Rosjanie ewidentnie byli przygotowani na całe zdarzenie. Świadczy o tym przebieg prac na tej „wieży kontrolnej” (budzie raczej) – np. to - „Tow. Generale, wszystko włączone”.  Dalej - nasycenie terenu służbami specjalnymi. Od razu manipulowanie czasem katastrofy, jak gdyby najpierw chciano się upewnić, co zdoła się poza ich kontrolą przedostać do opinii publicznej w sprawie katastrofy etc, itp. Ktoś powie, że Rosjanie mogli zamieścić ładunek w trakcie jednego z licznych  remontów/ napraw. Właśnie tak. I dlatego nic nie można w tej sprawie przesądzać. Nawet tego, że eksplozja była wynikiem jakiejś awarii. Choć w świetle pkt 1 uwag powyżej, to najmniej prawdopodobne.

Upada ostatecznie wersja „maskirowki” w znaczeniu 2Mczy 3SZ całego przebiegu prac Zespołu pod kier. Antoniego Macierewicza nie wynika, iż są jakiekolwiek wątpliwości co do miejsca zdarzenia. Potwierdzają je przede wszystkim zapisy TAWS i FMS. Wątpliwości jest mnóstwo, ale nie akurat tego dotyczących. Na jedno zwrócę uwagę: w swojej notce o meldunku wojskowych służb wywiadowczych (link na początku tej notki) zwracałem uwagę na fakt, że komunikat ten zakłamano tuż po katastrofie – nadając mu ostatecznie wersję że ….dzień przed katastrofą otrzymano ostrzeżenie o możliwości uprowadzenia statku powietrznego z lotnisk jednego z państw Unii Europejskiej. Rozważania o „maskirowce” w wersji 2M,ew.3S  (dwa miejsca, trzy samoloty) to kontynuacja tej ścieżki interpretacyjnej. Ewidentnie przez kogoś zaprogramowanej. Wykorzystywanej przez czekistów do zaciemniania obrazu rzeczywistych przyczyn katastrofy, kierowania ważnego wątku blogerskiego śledztwa na manowce. Co nie oznacza, że wszyscy, którzy się tym zajmowali to agenci.

Co teraz? Przede wszystkim domagajmy się transparentności śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Opublikowania ukrywanych, moim zdaniem, dowodów. Takich choćby jak: część opisowa do ekspertyz IES,  taśmy z zapisem rozmów z kabiny naszego Jaka, który wylądował wcześniej, jego „czarnej skrzynki”. To na początek.